środa, 26 lutego 2014

Larwa

“Ludzie są denerwujący. Wszyscy kłamią. Każdy uśmiech jest udawany, po prostu te wyglądające na szczere są doskonale wyćwiczone. ”

Chłopiec padł na kolana, podpierając się rękoma o ziemię aby się nie obalić. Ściągnął gogle gdyż zaparowały od deszczu. Maski nie miał potrzeby i nie chciał ściągać. Oddychał ciężko i głęboko. Znowu uciekł. Nie chciał tam być, nie chciał tam żyć. Obejrzał się do tyłu i dostrzegł światła latarek. Już go szukali? Już byli tak blisko? Zacisnął małe dłonie w piąstki po czym wstał trochę nieporadnie i ruszył biegiem dalej przed siebie. W jego oczach zebrały się łzy, ale nie szlochał. Chciał wrócić do domu, do mamy, do siedzenia w domku na drzewie. Nie chciał siedzieć w domu dziecka i znosić docinki ze strony innych dzieci. Nie chciał rozmawiać z Panem w okularach. Bo on kazał ściągnąć mu maskę i mówił tyle strasznych rzeczy na temat mamy. Ponownie się wywrócił, tym razem już nie wstając. Był zbyt słaby. Z jego oczu zaczęły płynąć łzy mieszając się z błotem na jego twarzy. Nie miał siły biec dalej.

(...)

- Jun, tak? Powiedź mi, dlaczego nie chcesz zdjąć maski? - mężczyzna poprawił okulary. Oboje siedzieli w małym gabinecie otuleni tykaniem zegara. Jasnowłosy chłopiec patrzył pustym wzrokiem na podłogę. To, iż żyje można było wywnioskować po szumiącym hałasie jaki wydawała jego maska. Doktor odchrząknął, próbując w ten sposób zwrócić na siebie uwagę. Chłopiec podniósł na niego puste spojrzenie które dosłownie przeszywało na wskroś. Oczywiście mężczyzna się tym nie zraził i ponowił pytanie.
- Jun, dlaczego nie chcesz zdjąć maski? - delikatnie się nachylił, tak aby usłyszeć nawet najcichsze słowa chłopca. Ten bez chwili wahania odpowiedział, nie spuszczając wzroku z lekarza.
- Czym jest dla pana motyl? - mężczyzna zmarszczył brwi, trochę zdziwiony. Wyprostował się i odpowiedział z delikatnym uśmiechem.
- Wielu ludzi opisuje go jako szczęście albo latającą paletę barw. Dla mnie wygląda jak papuga w świecie owadów. - chłopiec potaknął głową i nie odrywając wzroku od mężczyzny odezwał się tak samo obojętnym tonem.
- Motyle, to inaczej łuskoskrzydłe. Wiedział pan, że zaliczają się do nich również ćmy? One już nie są wysłannikami szczęścia. One żyją w ciemności doktorze, aby przeżyć. Ludzie przypominają taką grupę motyli. A ja jestem ćmą, której pomyliły się pory dnia. Muszę nosić maskę aby wśród nich przetrwać. Aby móc przeżyć. - gdy skończył, na nowo powrócił wzrokiem na podłogę, delikatnie przy tym odchylając głowę. Mężczyzna przez długi czas siedział oniemiały, wpatrując się w chłopca w jak coś dziwnego. Podrapał się po policzku, spojrzał na notatki które zrobił, przewertował parę kartek. Jego poprzednik mówił, iż chłopiec jest dosyć... specyficzny. Ale nie spodziewał się chyba, aż takiej dawki "specyficzności". W końcu, gdy przemyślał sprawę spytał się.
- A co się stanie, jeśli zdejmę Ci maskę w takim przypadku? - chłopiec spojrzał na lekarza tylko kątem oka po czym odpowiedział bez chwili wahania. Zupełnie jakby już kiedyś rozmawiał na ten temat.
- Co się stanie gdy wyciągniemy rybę z wody? Dusi się panie doktorze. A co jeśli jej nie uratujemy i nie zwrócimy jej środowisku? Umiera panie doktorze. Problem jest taki, iż pomimo przebywania wśród motyli, cały czas jakiś nikły głosik woła mnie do blasku świecy. Boję się, iż kiedyś mu ulegnę. A co się dzieje z ćmą, gdy podleci za blisko płomieni świecy? Ginie, panie doktorze. - odwrócił od niego puste spojrzenie, patrząc na powrót na podłogę. Mężczyzna wpatrywał się w chłopca z niesamowitym współczuciem. Nie wiedział, iż kobieta która go uprowadziła zdążyła tak bardzo namieszać mu w jego głowie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz