piątek, 28 lutego 2014

Imago

“Mogę umrzeć w walce. Nie mam nic do stracenia. Czy umrę dzisiaj, czy  jutro, czy za pięćdziesiąt lat. Co za różnica? Nikt przed tym nie ucieknie. Po niektóre osoby śmierć po prostu przychodzi trochę prędzej.”

Przeciągnął się i usadowił wygodniej na krześle. Spojrzał w prawo, aby wyjrzeć przez okno i na świat za nim się znajdujący. Nie za bardzo przepadał za lekcjami matematyki. Jeśli w ogóle przepadał za jakimkolwiek lekcjami. Oczywiście, nigdy się nie zgłaszał, nigdy nie rozrabiał, zupełnie jakby był zwykłym cieniem. Liceum jest dla niego pewnym etapem w życiu które musiał przejść. I tak nie za bardzo miał co zrobić ze swoim życiem, po tym jak opuścił mury domu dziecka. Przekrzywił delikatnie głowę i zdjął gogle z oczu, kładąc je na swoje włosy niczym opaskę. Chciał lepiej się przyjrzeć temu co się dzieje na zewnątrz. Gdy usłyszał swoje imię, obrócił gwałtownie głowę, patrząc swoim pustym wzrokiem wprost na nauczyciela. Mężczyzna za jąkał się parę razy.
- Ju-jun... mo-ożesz rozwiązać t-to zadanie na ta-tablicy? - chłopak wstał, nie odrywając wzroku od nauczyciela. Wydawało mu się to tak bardzo niepotrzebne i uprzykrzające życie. Podszedł powolnym krokiem do tablicy, zakładając na powrót swoje gogle. Ignorował ciekawskie spojrzenia rzucane raz po raz w jego stronę, ze względu na jego maskę przeciwgazową. Och, to nie tak, że wszyscy się nie przyzwyczaili. Ale to dalej ich ciekawiło, tym bardziej iż Jun niczego nigdy nie wyjaśnił i nie miał zamiaru. Bez chwili wahania sięgnął po kredę, dopiero teraz patrząc na zadanie które od razu zaczął rozpisywać na tablicy. Gdy skończył, odłożył delikatnie kredę na gąbkę. Ruszył na swoje miejsce, nie czekając nawet na odpowiedź nauczyciela. Wiedział, iż zadanie zrobił dobrze. Nawet przez chwilę się nie wahał. Przecież na swoim roczniku nie było mądrzejszej od niego osoby o ile była takowa w szkole. Usiadł na swoim miejscu. Wrócił do obserwowania świata za oknem, nucąc pod nosem kołysankę z dawnych lat.

(...)

Trzymał go w morderczym uścisku, czekając aż przestanie się szamotać. Gdy to nastąpiło, wzmocnił swój chwyt na jego szyi. Te charakterystyczne chrupnięcie. W końcu poczuł jak jego serce przestaje bić, a ciało staje się całkowicie bezwładne. Puścił go na ziemię, przekrzywiając przy tym delikatnie głowę. Wykonał polecenie, więc nie było już co tutaj szukać. Wiedział, iż osoba nie żyje. Zmiażdżył w końcu jej krtań i tchawicę. Jeśli nawet by żyła, to utopiła by się we własnej krwi. Ukucnął, zamknął osobie oczy, zostawiając skrzydło motyla na ustach. Przekrzywił głowę w drugą stronę i wstał. Odszedł bez słowa. Był jednym z Katów. Można by rzec, iż praca w sam raz dla niego. Dawali mu rozkaz a on wypełniał je co do joty. Bo przecież Jun, to znaczy posłuszny. Bo przecież, On taki jest. I bez mrugnięcia okiem, zabije osobę którą wskaże mu osoba którą postrzega jako dowódcę. Tak samo jak wtedy, gdy był z Zakapturzonymi Istotami. Oczywiście, wtedy nie zdawał sobie sprawy z tego, iż do nich należy. Nie zdawał sobie sprawy z tego całego syfu. Właściwie, dlaczego zmienił stronę? Komuś udało się go pokonać, przez jego jedyną słabość. Od tamtej pory nie szuka zemsty. On inaczej to traktuje. Teraz ta osoba, jest jego dowódcą. I jeśli jego wolą będzie to, aby Jun popełnił samobójstwo, zrobi to be mrugnięcia okiem. Bo Jun, znaczy posłuszny i On taki jest.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz