- Czegoś jej brakuje... Pomyślmy...
Białowłosy chłopak przekrzywił nieco głowę w stronę lewego ramienia. Siedział na piętach, na zimnych deskach, tuż przez dużą kartką papieru. Farba już powoli wysychała, kiedy ponownie zanurzył pędzel w farbie, tym razem czerwonej. Spojrzał raz jeszcze na swój malunek, nachylił się nad nim wraz z mokrym pędzlem, a wtedy duża, szkarłatna kropla spadła na twarz pięknej dziewczyny. Nadmiar farby został zebrany chusteczką, a na papierze pozostał wspaniały, barwny kleks.
- Wspaniale - uśmiechnął się chłopak, odkładając pędzel. Przymknął dwukolorowe ślepia, kiedy do pomieszczenia wkroczył wysoki, czarnowłosy mężczyzna. Białowłosy od razu rozpoznał po krokach, kto się zbliża. Poderwał się więc od razu na równe nogi, choć w pierwszej chwili wychudzone kończyny ugięły się pod nim. Skoczył w objęcia drugiego z domowników, rozpromieniony jego obecnością. Sięgał mu ledwo do ramion, tak więc by brunet mógł dojrzeć jego szczery uśmiech, musiał spojrzeć w górę. W odpowiedzi został czule poczochrany po głowie.
- Za każdym razem, kiedy cię widzę, jest cię coraz mniej... - wyszeptał ze smutkiem Kotaro na powitanie. Jednak młodszy nie przejął się tym, a jedynie sprytnie wyminął bałagan na podłodze, by podnieść swoje nowe dzieło i pokazać bratu.
Gdyby tylko jeszcze tam stał.
Zamiast czarnowłosego, wpatrywał się w chudą postać jasnowłosej kobiety z własnego malunku. Tak jak na papierze, na sobie miała jedynie "suknię" z kwiatów o barwie pastelowego różu. Nie posiadała jednego oka, a część jej twarzy stanowiła naga czaszka. To z powodu tej kropli. Trzymała w dłoni pistolet i celowała prosto w białowłosego.
Strzeliła.
Tadashi rozwarł oczy, wybudzony ze snu. Zaciskał kurczowo wychudzone palce na poduszki, lecz jego twarz wyrażała spokój. Ten koszmar męczył go nie pierwszy raz. Niegdyś uciekał we śnie, a jego losy toczyły się dużo tragiczniej, lecz początek zawsze wyglądał tak samo.
- Kotaro - wyszeptał aż nad wyraz opanowany, biorąc pod uwagę jak szybko biło jego serce. Ścisnął mocniej palce na materiale. - Kotaro... - powtórzył, nie mogąc już opanować drżenia głosu.
"Za każdym razem, kiedy cię widzę, jest cię coraz mniej..."
- Zamknij się... - warknął w poduszkę i ukrył w niej twarz. Po chwili poczuł jak jeden z jego małych przyjaciół wdrapuje się na jego głowę. Z pewnością była to Luka. Ona zawsze wyczuwała smutek swojego pana, gdy naprawdę coś go gryzło.
- Idź sobie, Luka - burknął niczym rozkapryszone i zdenerwowane dziecko. Cóż, pod tym względem nie do końca zachowywał się jak dorosły facet. Ciężko było mówić o dojrzałości w jego przypadku. - Nie jestem w nastroju do rozmów. Pobaw się z chłopakami... - sięgnął na oślep za szczurzycą, po czym wyplątał ją z swoich włosów i odstawił na pościel. Potrzebował jeszcze krótkiej chwili, by ogarnąć myśli i wreszcie zsunąć się z łóżka. Gdy poczuł zimne panele pod nagimi stopami, odważył się otworzyć oczy. Nigdy nie był do końca pewien, czy koszmar rzeczywiście przeminął. Na całe szczęście, powitały go jedynie obklejone co do milimetra rysunkami i szkicami ściany oraz drzwi do pokoju dziennego. Odetchnął z ulgą i zmierzwił grzywkę palcami, by następnie udać się do pokoju dziennego. Niezbyt przyjemny ból głowy towarzyszył mu od samej pobudki, co nie wróżyło nic dobrego.
Pieprzone sny... warknął w myślach. Zaraz za nim z sypialni pokicały trzy szczury i wiedział już, że będą domagać się jedzenia. Tak mniej więcej wyglądał każdy jego poranek.
- No już, już - mruknął, gdy szczurki wskoczyły na blat szafki. Chłopak kucnął przed nią i sięgnął do jej wnętrza po prawie pustą paczkę chrupek, uwielbianych przez trzy gryzonie.
-
Kiedy ostatni raz coś jadłeś?
Białowłosy nagle znieruchomiał, słysząc ten głos. Znajomy głos. Nie miał zamiaru się odwracać, dlatego jedynie sięgnął po pudełko drżącą dłonią.
Kotaro nie żyje. Znowu mam omamy. Tłumaczył sobie, ignorując słowa brata. Podniósł się i wysypał trochę chrupek na blat, a zwierzaki od razu rzuciły się do posiłku.
-
Wziąłeś leki, Tadashi? Lekarz kazał ci zażywać je regularnie.
Coś niemalże w nim zawrzało. Serce znów tłukło się w jego piersi jak oszalałe. To, jak zawsze troszczył się o jego zdrowie. Przypominał o wszystkim. Zajmował się nim. Wszystko znów wypełniało jego myśli. Zacisnął kurczowo palce na pudełku, a te wgniotło się lekko.
- Nie potrzebuję lekarstw, nie jestem chory! Daj mi spokój!
-
Marniejesz w oczach...
- Ty nie żyjesz, Kotaro! - Wrzasnął, ciskając pudełkiem przez pokój. Uderzyło w ścianę i z głuchym klapnięciem upadło na podłogę. - Nie żyjesz...
Objął się ramionami i upadł na panele, zanosząc głośnym łkaniem.
Po niezbyt udanym poranku, białowłosy jak co dzień wraz z jednym ze swych szczurów w kieszeni udał się na krótki "spacer" po korytarzach liceum. Jak się spodziewał, nie natknął się na żadną żywą duszę o tej porze. Mógł spokojnie przemierzać ciche i szare korytarze. Kurz unosił się w powietrzu, co widać było dzięki ciepłym promieniom słońca. Śnieg mienił się za brudnymi oknami, a on aż poczuł chęć opuszczenia budynku. Zapewne uczyniłby to, gdyby nie brak butów na jego stopach, czy choćby jednej skarpetki. Uchylone drzwi jednej z klas również nie pozwoliły mu na to. Zbyt bardzo rozbudziły w nim zainteresowanie i niepohamowaną ciekawość, by zajrzeć do środka. To też uczynił.
Szary szczur w jego kieszeni wyczuł zagrożenie dużo wcześniej od swego pana i już pomykał korytarzem w stronę dziewiątki. Zachowanie gryzonia utwierdziło go tylko w przekonaniu, że tym razem to nie omamy. Zakapturzona postać, a raczej "istota", jak to siebie nazywali, właśnie podnosiła się znad krwawego ciała ofiary, zostawiając na jej piersi jeszcze czyste, białe origami. Szkarłatne oko Tadashiego aż zabłysło z radości, widząc tę scenę. Morderca zapewne nawet nie zdawał sobie sprawy z czyjejkolwiek obecności, gdyż obserwator poruszał się cicho jak nikt inny, zwłaszcza, gdy nie posiadał w danym momencie obuwia. O niepotrzebnym świadku poinformował go dopiero życzliwy głos:
- Dzień dobry, Kapturku - uśmiechnął się szczęśliwie, a jeszcze bardziej był zafascynowany. Zabójca zrobił kolejny błąd - nie dokonał oceny sytuacji. Od razu rzucił się na białowłosego, choć nadal był zdezorientowany. I to go zgubiło.
Pozory bywają mylące w tym przypadku bardzo. Katsuko tylko wyglądał na takie chuchro, w rzeczywistości ani trochę nie bał się konfrontacji z Zakapturzoną Istotą, wręcz przeciwnie - w jednej sekundzie przewidział, jak starcie potoczy się dalej. Wykonał prosty, lecz niespodziewany unik, co kompletnie zmyliło przeciwnika. Z łatwością odebrał "napastnikowi", a teraz swej ofierze, krótki nóż, którym jakby z wprawą pchnął między żebra zakapturzonego ucznia. Chcąc go jeszcze bardziej obezwładnić, kopnął go idealnie w ranę. Cios był nieco zbyt słaby, by bezpośrednio skrzywdzić, jednak chłopak wpadł z impetem na ławkę, przewracając ją. Niemiłe chrupnięcie wypełniło klasę.
Tadashi z lubością wypisaną na twarzy wyczyścił własnym językiem ostrze noża z krwi.
- Selekcja naturalna sprawiła, że łowca stał się zwierzyną... a zwierzyna łowcą - uśmiechnął się jedynie szerzej, sięgając za kołnierzem byłego zabójcy. Cisnął nim pod ścianę, a następnie usiadł na jego nogach okrakiem. - Jaki z ciebie morderca? Żaden... - wyszeptał z odrazą, ściągając mu kaptur z głowy. Blade oblicze nieznajomego mu blondyna wpatrywało się w niego ze strachem. Najpewniej nie był w stanie wykrztusić ani słowa, ani nawet się ruszyć, uciekać. Zdany jedynie na łaskę białowłosego szaleńca. Lecz tej łaski nie zaznał.
Krew obryzgała ściany, gdy z dziwnym błyskiem w dwukolorowych ślepiach wbił nóż w policzek blondyna. Dość tępe narzędzie wymagało od niego nieco siły, by wykonać zamierzoną czynność. Choć ofiara nagle nabrała znaczącej chęci do ucieczki, po chwili na jej twarzy malował się piękny, wycięty nożem uśmiech.
- Powinieneś być zadowolony ze swojego występku... Czy odbieranie komuś życia nie jest cudowne? - Po raz kolejny w jego oczach pojawił się ten opętańczy błysk, lecz ostrze na nie bardzo nadawało się w tej chwili do użytku. Poradził sobie w inny sposób.
Nie do końca pewien, czy obiekt jego ataku szaleństwa jeszcze żyje, podniósł, teraz już krwawe origami i opuścił klasę. Zostawił więc martwą dziewoję oraz jej napastnika sam na sam, tak jak ich zastał. Jednak morderca nie był już tak szkodliwy, bowiem leżał w kącie sali, obdarzając ciszę przepięknym uśmiechem i niezwykłym spojrzeniem pustych oczodołów, a jego krew zalewała posadzkę.