sobota, 14 stycznia 2012

ROZWINIĘCIE

Ciekawa historia rozpoczyna się dopiero w momencie zbankrutowania firmy ojca Minho, czego skutkiem był całkowity brak środków do życia, a ponieważ nie mam nic do ukrycia, przejdę od razu do tego, co wydarzyło się przy odebraniu im domu: niegdyś wesolutkie małżeństwo skoczyło z klifu, na świecie pozostawiając swojego jedynego syna, całkiem samego. Egoiści, rzekłbyś zapewne, gdybyś nie czytał dalej. Otóż byli oni rodziną bardzo religijną, a przynajmniej jej dorosła część. Swoje życie poświęcili chcąc zapewnić dziecku lepsze życie. Co teraz powiesz? Dokładnie. Głupcy.

Chłopak zamieszkał u swojej jedynej babki, niestety ciężko chorej, toteż w żaden sposób nie wspierała obiecująco zapowiadającego się koszykarza. Chodził do gimnazjum dla osób pozbawionych funduszy na jej wsparcie, działał tam kiepski klub koszykówki, więc z łatwością rozgromił każdego członka, by utorować sobie miejsce na szczyt szkoły jako "sportowiec roku", dwa lata z rzędu. Nie zadowalało go to jednak, pragnął czegoś więcej, jakiejś gruntownej zmiany w swoim życiu, wybuchów, nagłych pościgów... Do babci nigdy się nie przywiązał, miał cichą ochotę odpuścić sobie jej pogrzeb, tak też zrobił. Nie żywili do siebie żadnych uczuć, choć tolerowali swoją obecność jako współlokatora. Pod koniec jej życia stała się tylko wybrednym truchłem, które - oceniwszy to starannie - nie zasługiwało na jakąkolwiek jego pomoc. Z ulgą stwierdził jednakże, że nie przyczynił się do jej śmierci, a nawet może przedłużył żywot o dzień, czy dwa. Przez okrągłe trzy miesiące cieszył się wolnością i ukończył gimnazjum, gdy zainteresowała się nim opieka społeczna. To wścibska sąsiadka ich nań nasłała, "zmartwiona" tym, iż musiał sam o siebie dbać, a tak naprawdę zamierzała wykupić to mieszkanie, gdy już go stąd wypędzą. Jako niepełnoletni nie miał innego wyjścia, więc udał się do liceum dla dzieciaków, które również pozostały same. Gardził nimi skrycie, trzymając się na boku. Widząc jakiegoś nastolatka, płaczącego niczym dziecko za rodzicami, miał ochotę mu przywalić. Każdy sam odpowiadał za swoją śmierć, to oni podjęli decyzję, by przyspieszyć, zakręcić mimo znaku zakazu, dać się porwać, zostać zabitym przez własne dziecko. Powinni teraz martwić się o siebie, o nikogo innego. Nawet się nie uczył, starał się jedynie nie przesypiać każdej lekcji, coby jakimś cudem zdać do następnej klasy, a plan ten cudem się powiódł. Całymi dniami leżał na dachu szkoły, skąpany w świetle słońca, deszcz rzadko się tu ukazywał, a jeśli tak się działo, to przesiadywał w swoim domku, wyglądając przez okno i często dostrzegając jakieś bójki, wyglądające na niebezpieczne. Następnego dnia często znajdywał kartki papieru pozginane w dziwne kształty na miejscu, gdzie odbyła się rzeź jakiegoś chłopaka. Zbierał je, chowając do kuferka, który ukradł z domu babki i wsuwał go pod łóżko, by żaden wścibski współlokator go nie dotykał. Kolejną rzeczą, jaką tutaj przywiózł, była piłka otrzymana przez ojca, więc jednak nieco sentymentu wciąż w nim drzemie. Pewnego słonecznego ranka jak zwykle wypełzł ze swojej nory, by skraść kolejne origami do swojej nadal ubogiej kolekcji, gdy cudem uniknął spotkania z lecącym wprost w jego głowę nożem. Zirytowany zaistniałą sytuacją rzucił się na niedoszłego mordercę, bijąc go tak, by jedno podbite oko pasowało do drugiego. Toć prawie trafił w jego piłkę, którą trzymał wtedy na ramieniu, tego nie mógł nikomu odpuścić. Dziewczyna wylądowała na dwa tygodnie u pielęgniarki, co trochę go zaniepokoiło. Nie panował nad swoją siłą, własny wygląd zawdzięczał wielu latom treningu. Był wysoki, a jego skóra ciemna, do tego wysoki oraz umięśniony, co zwieńczała granatowa czupryna komponująca się z równie niebieskimi oczyma. Odwiedził ją więc, przynosząc nawet kwiatek, lecz to, co tam zastał, zupełnie zmieniło jego podejście. Nawrzeszczała na niego i zagroziła rychłą śmiercią poprzez Zakapturzone istoty i - cytuję - "nawet jebane Stowarzyszenie Sentō ci nie pomoże!". Zainteresowały go te słowa, co okazało się jego całkowitą zgubą i zupełnym przeciwieństwem spokojnego, leniwego liceum. Zaczął ich szukać, ponoć byli młodą organizacją, która również próbowała zabijać, ale tylko Istoty. Zawsze, gdy do czegoś dąży, to trafia do celu. Niczym do kosza?
Prędko został ich przywódcą, nikt tego nie chciał. Nikt nie chciał się dodatkowo narażać, gdyż początkowo byli oni zwykłą bandą "bohaterów" charakteryzujących się tchórzostwem. Zmienili się odkąd sam pozabijał parę Istot bez większych szkód, zaczęli wierzyć. Jemu nie sprawiało to problemu, pokochał dotyk rękojeści i widok szybującej stali, po jakimś czasie nawet posmakował krwi, w końcu im bardziej niebezpieczny był, tym bardziej Stowarzyszenie miało jakieś szanse, ale nie. Okazała się cholernie gorzka, splunął na martwego chłopaka, co zbiło go nieco z tropu.
Tymczasem zyskał zastępcę, a zarazem swojego jedynego przyjaciela w tym ponurym miejscu. Nie rozmawiali ze sobą wiele, lecz Sawamura szybko wkradł się do serca ciemnoskórego, zapewne samemu o tym nawet nie wiedząc. Zostawił mu całą robotę, by zyskać możliwość dalszego wylegiwania się na dachu, a gdy miał zwołać zebranie Stowarzyszenia, całkowicie to zignorował, tracąc wszystko, co się dla niego aktualnie liczyło. Przyjaciela.
Szukał go dniami i nocami, wydawałoby się, że przeszedł cały las, przeszukał każde pomieszczenie, a z każdą kolejną porażką coś się w nim łamało, członkowie zaprzestawali wykonywania rozkazów, doskonale widzieli jak powoli przybierał maskę szaleńca, smutek po raz drugi w życiu stał się widoczny dla innych. Wtedy je zwołał, to przeklęte zgromadzenie, oznajmiając, że Kazuya uciekł. Co miał zrobić? Przyznać się, że nie potrafi go znaleźć? Że jest już zupełnie sam, że pewnie leży teraz gdzieś martwy i zgwałcony przez napalonego chłoptasia...
Tego samego dnia wrócił, w opłakanym stanie. Serce koszykarza stanęło, szybko otarł łzy i zakręcił piłką na palcu, znowu to robiąc, po raz kolejny się zamykając. Beznamiętny wyraz twarzy, słowa zaskakujące nawet dla jego samego. Wróciłeś? Co to, do cholery było? Miał ochotę go przytulić, wybić każdą Istotę, jaka jeszcze stąpała po ziemi, by już nikt go nie skrzywdził. Coś go jednak powstrzymywało, znów zniszczył samego siebie, a także wszystko wokół. Od tamtej pory codziennie obiera tylko trzy trasy: na dach, do domku, do klas. Wiedział, że jest obserwowany, ale oni natomiast wiedzieli, że nie powinni ot tak z nim zadzierać. Obie strony były jednak świadome, że kiedyś opuści gardę i będą mogli spokojnie go zamordować.







Purwa!











Kiedy to wszystko stało się tak skomplikowane?!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz